Na Zachętę: Investinmolden

0001573961_20Na poznańskiej scenie muzycznej pojawił się nowy, obiecujący zespół – Investinmolden. Panowie tworzący jego rdzeń, czyli Krzysztof, Kacper i Michał poruszają się w bardzo lubianej przeze mnie estetyce klasycznego rocka, z elementami progresji, hard-rocka i „muzyki popularnej” lat 70-tych, o którym to dziwnym opisie w dalszej części tekstu. Cała trójka Muzykonautów odpowiada za kompozycje, teksty natomiast to dzieło Krzysztofa, założyciela i motoru napędowego tria. Zaczynamy słuchać pierwsze utwory Investin od łagodnych dźwięków pianina i ciepło przesterowanej gitary „Lust for Stars”, by za chwilę zostać poczęstowanym melodyjnym, niemal popowym wokalem i interesującą melodią, na której dźwiękach zawieszone są intrygujące wersy, prowadzące nas do refrenu afirmującego noc, kończącego się natomiast prowokującym pytaniem: „Night is cold and so beautiful / Scared of sun lust for stars / Someday one may want to sell them all / Can’t we just admire endless sky above?”. Utwór ten kojarzy mi się z późniejszymi balladami Pink Floyd, ma też coś w sobie z „klasycznego” AOR, choć wokal i sposób traktowania strun sugeruje momentami no-wave’owe podejście do tematu, co może odświeżyć nieco skostniałe progresywne „wyczyny” innych nowych kapel wpisujących się, świadomie czy nie, w ten nurt, a programowana perkusja dodana do całości jeszcze bardziej wzbogaca kontekst odbioru muzyki Investin, i urozmaica (o dziwo!) przestrzeń dźwiękową. Partie organów to natomiast mocne pchnięcie wrażenia w stronę wyczynów Jona Lorda, co jest dla mnie dużym plusem. Brudna solówka gitarowa zakorzeniona w bluesie dodaje uroku i sznytu całej kompozycji, jest przy tym bardzo elegancka i odpowiednio umiejscowiona. Następny utwór, „From Hammer and Spanner (with Love)” to zupełnie intrygujące połączenie, które nazwałbym „Fireball” spotyka synth-punk spotyka pop/punk (znowu wokal!), podbite tekstem o wyprzedanej (sprzedajnej?) miłości, a także, częściowo, tytułowych narzędziach i szaleństwie. Siłą tego utworu jest jego punkowa konstrukcja i czas trwania, choć jak dla mnie szalone syntezatorowe solo w środku mogłoby trwać dobre 10 minut. Utwór instrumentalny „Halfway” bulgocze gdzieś pod swoją powierzchnią koktajlowym jazzem, i jest to akurat wielki plus i komplement z mojej strony, rozszalała na wszystkie strony kompozycja w gruncie rzeczy zawiera też cierpliwie budowaną, dobrą melodię, i wyobrażam sobie jakąś cudownie pokręconą, 20-minutową wersję live tego utworu. Jedyne in minus – a to i tak bardziej sympatyczny – brak solówki basu – może w wersji koncertowej się doczekam? Druga część „Halfway” jest bardziej konwencjonalna, ale wciąż czujemy się jak w koktajl barze na pokładzie Star Treka, gdzie oczekujemy na lądowanie na nieznanej planecie, na tytułowym „półmetku”. Po wylądowaniu okazuje się, że planeta ta pełna jest klepsydr, porozsiewanych po krajobrazie jak grzyby atomowe – a w całym tym krajobrazie Kacper śpiewa o trudnościach pozostawienia materialnych śladów we wciąż zmieniającym się, niematerialnym świecie, i robi to tak samo dobrze, jak w „Lust for Stars”. Wrażenia z „Hourglass” (obu części) są takie, jakbym słuchał którejś z późniejszych płyt Jane, ale jeszcze przed „Germanią”, przynajmniej jeśli chodzi o wokal, a także prostą w gruncie rzeczy, ale wykorzystaną uparcie i „do oporu” strukturę piosenki, również gitara jest tutaj wyraźnie „niemiecka”. Jeśli ktoś słyszał nawet wcześniejszą piosenkę Jane, „Out in the Rain”, wie, o czym piszę – może nie ten „kaliber”, ale intencje i emocje identyczne i godne szacunku. Dostajemy piękny krajobraz, a o to chodzi w gruncie rzeczy w rocku progresywnym, o piękne krajobrazy – jako fan niemieckiej grupy Jane, mogę śmiało powiedzieć, że czekam już na nowe propozycje Investin, i mam nadzieję że zostanę potraktowany jeszcze lepszym poziomem kompozycyjno/wokalno/instrumentalnym – i że krajobrazy nie zaginą w technicznych popisach członków zespołu. Programowane bębny i w tym przypadku dodają uroku bardziej, niż szkodzą brzmieniu – w ogóle, większość zaprezentowanej muzyki brzmieniowo przenosi mnie w lata 80-te, w tą „dobrą” stronę tych lat. Ale w samej treści muzyki, choćby „Hourglass” słyszę właśnie „muzykę popularną” lat 70-tych – a co wtedy było popularne? Deep Purple, Led Zeppelin, Pink Floyd, w Niemczech Eloy, Jane, Grobschnitt… I w takim kontekście, poszerzonym o no-wave, punk i syntezatorowe szaleństwa odbieram muzykę Investinmolden, która przy odrobinie zaufania ze strony odbiorcy, cierpliwości i szacunku do Muzykonautów, zadowoli każdego szukającego naprawdę nowej muzyki słuchacza. „Some things simply are / Projections of your mind”, jak napisał Krzysztof, i z odpowiednią proporcją chłodu i emocji wyśpiewał Kacper. I pozostaje to w pamięci, ale nasi Muzykonauci opuszczają dziwną planetę klepsydr, i znów koktajlowo mieszają, ale tym razem rock’n’rollowo, i znów ze smakiem – gdybym miał jeść przy „Extraterrestial Rock’n’Roll” kotlet, musiałby to być wyśmienity stek z Wuba, że nawiążę do Philipa K. Dicka. Gdybym kiedyś planował nakręcić film o kosmosie, z pewnością poprosiłbym panów z Investin o skomponowanie odpowiedniej muzyki. A bardziej poważnie – kompozycja ta kojarzy mi się z instrumentalami Hawkwind, i to tymi najwyższych lotów, jak choćby „Spiral Galaxy 28948”, a to znów naprawdę spory komplement. Niestety to ostatni z dwóch kosmicznych momentów recenzowanych utworów. Całość natomiast wieńczy najdłuższy utwór, „Glittering Sea”, który kontrastuje ze sobą lirycznie i muzycznie dwa światy – zapędzony świat trybików w maszynie, zagubionych w stechnicyzowanym krajobrazie fabryk, maszyn, bloków i sterylnych ulic biurowych dzielnic zostaje postawiony naprzeciw morskiemu brzegowi, który opiera się temu naporowi techniki ze spokojem godnym buddyjskiego mędrca. Szybkie części utworu są bardzo dynamiczne, i chyba najbardziej we wszystkich nagraniach przypominają mi o Deep Purple. Pierwsze ciężkie nuty „Glittering Sea” to z kolei eleganckie nawiązanie do „21st Century Schizoid Man” – domyślny słuchacz, już po wstępie będzie wiedział czego oczekiwać od tematyki i nastrojów prezentowanych w utworze. Ostatnie słowa to „Come with me let’s sit together / On the warm sand”, które brzmią jak zaproszenie. Oby było to zaproszenie do poznawania większej ilości muzyki Investinmolden i obietnica, że na tym ciepłym piasku będziemy siedzieć z muzyką na jeszcze lepszym poziomie, z jeszcze lepszymi piosenkami, nie zapominającą jednak o korzeniach, emocjach i kontrastach piękna, które tak zachęcająco zostały przedstawione w tych pierwszych nagraniach. Według mnie jest to bardzo obiecujący zespół i utwory, w które naprawdę warto się zagłębić, odkryć dla siebie, i dać im szansę zagoszczenia w Waszych głośnikach.

Odsłuch: