Jersitz: The Shapes of Folk to Come Vol.1

or… trash folk stories of a be-bop district
folder
Jersitz
– to Jeżyce. The Shapes of Folk to Come – to Kształty Folku, który Nadejdzie.

Dlaczego tak?

Odpowiedź jest prosta. Część nastoletniego życia spędziłem na poznańskich Jeżycach, a że jestem białym człowiekiem, wzorem Guthriego i Dylana naturalnie wybrałem folk, miast udawać, że mieszkam na Bronxie i mam czarną skórę, a moim “ziomkiem” jest Grandmaster Flash, czy Afrika Bambaataa. Muzyką ulicy białego człowieka jest bowiem, czy komuś to się podoba, czy nie, folk. Lubię jednak “czarną” muzykę, szczególnie wymienionych panów, i free jazz. Stąd podtytuł, nawiązujący do płyty Ornette Colemana, “The Shape of Jazz to Come”.

“Don’t speak she whispered to my ear, won’t waste no time on poetry, analyzing, judging, thinking, we’d better focus on doing… better focus on doing…”

Sesje pisania odbywały się w dniach: 14,15 – 21,22.11.2014, i poza maleńkim oszustwem “Zeppelin Blossom Sky”, którego tekst (opisujący gitarowe sjesty w Görlitzer Park) zaczerpnąłem ze swojego tomiku “Satori in Berlin (X-Berg Songs)” (KSE, 2009), teksty są nowiutkie i lśniące, a melodie nigdy nie były świeższe i nie brzmiały lepiej.

Nagrywanie zajęło dwa dni, konkretnie 16 i 23.11.2014, i w czasie tych sesji zarejestrowałem bazę wszystkich nagrań. Na overduby, wokale, duble miałem jeden dzień, 29.11.2014, co dodało płycie uroku, o czym za chwilę.

“In the days of chrome
You didn’t leave me alone and our little home
Was always open for guests
Who came to take a glance
At your Chinese porcelains
And biographies of all who were insane
To face themselves to the moon
As if they’d known I’d come soon
Oh Daughter of Bop
To the shades of your room”

Wzorem pierwszych nagrań bluesowych i folkowych, to, co słyszą Państwo na “Jersitz” w bazie, to tzw. pierwsze podejścia. Nagrane na mikrofon komputerowy Labtec, z szumem niewyciszonego pokoju (potem opanowanym, niestety był zbyt inwazyjny), bez poprawek. Tak więc szkieletem każdego nagrania z “Jersitz” jest pierwszy take, z gitarą akustyczną i wokalem chwyconym najsurowiej jak się da, na jedną ścieżkę. Owszem, pionierom bluesa i folku dawano czasem drugą, albo i trzecią szansę w pokoju hotelowym, więzieniu, czy „studio”, ale ja postanowiłem sobie tej szansy nie dawać. Dzięki temu będę miał czyste sumienie – prawdziwiej się nie dało.

Drugą warstwę nagrań stanowi dubel wokalny. Również wyłącznie pierwsze podejścia. Czasem sam dubel jest, o zgrozo, zdublowany, jak w ostatnim na płycie “Web of Life”, czasem nie był konieczny, jak choćby w “Traveler of Both Dimensions”. Czasem, jak spontaniczność obnaża, a tygodniowa przerwa pomaga, zapomina się podziałów rytmicznych i melodii, co daje ciekawy efekt harmoniczny, a także powiew amon duulowej asynchroniczności (tu akurat wokalnej) i free-folkowego szaleństwa, choćby w “Zeppelin Blossom Sky”, czy “Descriptions of Ancient December”.

“I can still hear the train at the station
Can still see the kite flying by
Unable to differ directions, now
Utopias real, utopias smile
My déjà-vu girl looks through
Her kaleidoscope dress and her marmalade shoes
Headed zeppelin blossom sky
Headed purity, sanctity, too”

Free-folk
(a nawet ośmielę się twierdzić free-jazz, czy w ogóle muzyka improwizowana) to kolejna warstwa płyty, i źródło podtytułu – to choćby teksty, pisane w kilka(naście/dziesiąt) minut, i wszystkie dodatkowe gitary, szczególnie partie solowe, również nagrane w jednym podejściu, w pełni improwizowane, poza zarysem melodii “Web of Life”. Także te gitary schowane nieco w mixie, brzmiące jak prymitywne generatory audio z lat 60-tych (“Windows Burn as Time Flies By”). Ukręciliśmy też „przypadkiem” tak freakowe brzmienie gitary, że użyte zostało dwa razy, raz w “December”, dwa w “Daughter of Bop”, i użyję go z pewnością ponownie przy właściwej okazji.

Uroku kultury kasetowej dodaje płycie sposób miksowania materiału i zgrywania warstwowo poszczególnych ścieżek (np. wokali, “bazy” z efektami itd), ale że prawie oszaleliśmy składając to do kupy, oszczędzę Państwu tych uroków. Miks to 30.11.2014, i powiem szczerze, że przy takim stanie świadomościowym jak wtedy, “bad trip” po LSD to przedszkole.

“Well I walked a lot of roads but I don’t regret a step
As I crossed Parisian streets with a sparrow in my hat
And I’ve done a lot of wrong but it always makes me laugh
When I memorize the lions yet I’m singing with the rats”

DSCF1610

Przedszkole to też nasze próby zrobienia noise-folku, ale jak na pierwszą próbę reverbowej gry wojennej, i nawarstwiania hałasu tła, jestem dumny z tych osiągnięć. “Verlaine of Speed” jest boleśnie surowe, do momentu pojawienia się “radykalnej” symfonii hałasu, “Daughter of Bop” brzmi natomiast zupełnie „nierealnie”. Foise? Drone Folk? Folkbient? Nie jestem dobry w etykietkach.

“…and like your memoirs of Coltrane
And like the lil’ green French cafe
And like the sidewalks we know best
And like the fact that we never rest
Like walkin’ down the railroad line
Not caring where it leads us, fine
To your content I must agree
You found the lost bard’s crazy wings
So lead me thru the world of needs
And we’ll dance like Verlaine on speed”

Pomijając etykietki, choć za chwilę pojawi się ich sporo, “Jersitz” powinno zainteresować miłośników bitników, dada, post-surrealizmu, freak folku, free folku, awangardy, noise, muzyki improwizowanej, psychedelii, i wszelkich nowych tekstów, wierszy, dźwięków, których, mam nadzieję, jest tutaj pod dostatkiem. To nie jest moja pierwsza płyta, ale jestem wewnętrznie przekonany, że jest dla mnie tym, czym dla Dylana jego 1962 debiut, albo pierwsza wystawa dla J-M Basquiata. Na “Stoned Gypsy Wanderer” jeszcze szukałem siebie, gdzieś tam tykając elektroniki, gdzieś tam wracając do “Second Hand Mana”, choć nagrywając myślałem, że znalazłem już złoty środek. Odnoszę jednak wrażenie, że dopiero na “Jersitz” – moich Jeżycach – się znalazłem, i że “Kształty Folku, który Nadejdzie” słyszę nie tylko ja, czy współproducent. Mam też nadzieję, że oprócz oczu znajdą się też właściwe uszy, we właściwym miejscu i właściwym czasie. Polecam płytę ludziom, cytując Franka Zappę – “z umysłami jak spadochrony” – które działają, bo są otwarte.

Za motto sesji służyły słowa:
Make an ass of yourself, it’s one of the few free pleasures left.”